G-ZV8CDPDQDW
O żebraniu i Wenezuelczykach w czasach pandemii

O żebraniu i Wenezuelczykach w czasach pandemii

O żebraniu i Wenezuelczykach w czasach pandemii

Mam stanowisko, że lepiej żebrakowi kupić jedzenie, niż dać pieniądze. A nóż wyda na narkotyki, klej czy inne świństwa. Kryzys zmusza mnie do zweryfikowania postawy.

 

moja dzielnica

Mieszkam w estrato 6, tuż obok najdroższej ulicy w Bogocie. Stołeczna 5th Avenue to zaledwie 4 przecznice. Restauracje, piekarnie, sklepy ze zdrową żywnością, design, meble made in France, fitness, joga, kabaret, modni fryzjerzy, dwa duże sklepy zoologiczne (dwa!) – you want it, you name it. Nic więc dziwnego, że sektor przyciąga tych, którzy za cenę tutejszej latte, zjedliby gdzie indziej obiad.

Od marca, kiedy wybuchła epidemia, wyludniły się ulice Bogoty. Ze zdwojoną siłą wypłynęli na powierzchnię żebracy, czy jak się ich dyplomatycznie w Kolumbii określa: osoby o niskich poziomach zasobów. Śpiewny akcent błagających o pieniądze, od razu zdradza ich pochodzenie. Wenezuelczycy.

O 6 rano, na porannym joggingu z maseczką na twarzy, mijam mężczyznę siedzącego na ławce. Ubrany jest w czarny worek. Domyślam się, że tu spał. Widzę, że coś do mnie mówi, ale Bose z polskim rockiem skutecznie zagłusza zewnętrzne dźwięki.

Pomimo obowiązkowej izolacji, codziennie jestem na ulicach miasta. Mam energetyczną, cudowną border collie, którą trzeba wyprowadzać na dwór na dłuższe spacery. Niezależnie od tego czy mamy Covid-19, 18 czy 25. Na spacery z psem prawie nigdy nie zabieram pieniędzy.

Od czasu koronawirusa poruszam się właściwie tylko w obrębie mojego sektora. Wiem, że pies tęskni za zaganianiem krów na fince i straszeniem dla zabawy kotów.

I nagle w mojej dzielnicy zaczęto mnie bombardować ze wszystkich stron. Jestem w parku – podchodzi wysłane przez rodziców dziecko i prosi mnie o pieniądze. Odmawiam, bo nie mam. Przechodzę obok sklepu D1 – już z daleka do mnie wołają. Odmawiam, bo nie mam. Po chodnikach chodzą pojedynczo, w parach, a czasami całymi rodzinami. Łapię się na tym, że zaczynam obierać inną trasę, jeśli tylko zauważam ich z daleka.

O 6 rano, na porannym joggingu z maseczką na twarzy, mijam mężczyznę siedzącego na ławce. Ubrany jest w czarny worek. Domyślam się, że tu spał. Widzę, że coś do mnie mówi, ale Bose z polskim rockiem skutecznie zagłusza zewnętrzne dźwięki. Zresztą, kto na bieganie wychodzi z portfelem?

Liczba błagających o pieniądze lub jedzenie ludzi jest coraz większa. Wierzę, że naprawdę nie mają za co kupić jedzenia. Zaczynam nosić ze sobą banknoty po 2 tysiące pesos. Upycham po kieszeniach kurtek lub spodni. Jeśli ktoś mnie prosi, zawsze daję. Przed każdym praniem, teraz sprawdzam dokładnie kieszenie.

procesje

Na mojej ulicy o długości jednej przecznicy znajduje się 5 apartamentowców i kilka mniejszych domów. Czyli dobrą fiestę z fritangą można urządzić.

Przez pierwsze dwa miesiące przechodzący żebracy (zerkam do synonimów w poszukiwaniu innego słowa, ale dobrych opcji nie ma) wołają „madre, padre, ayuda, no tenemos nada para comer” i manna sypała się z nieba. Ostatnio pojedyncze krzyki zamieniły się w chóry paru osób. Głośno krzyczą na przemian; trudno to opisać. Wycie… przychodzi mi na myśl. Zamykając balkon widzę, jak sąsiadka z naprzeciwka robi to samo.

Mąż zaczyna spisywać procesje. Poniedziałek: 9.40 żebranie o jedzenie, 13.35 – sprzedaż awokado (za późno, lunch już zjedliśmy). Wtorek: 10.13 zbieranie śmieci na recykling, 11.30 – sprzedaż liści eukaliptusa. Czasami jednego dnia przejdą cztery różne grupy. Esposito wychyla się ze swojej jaskini i mówi: „wiesz, coś się stało, bo dziś nie przechodzili pod oknami”. Spoglądam na zegarek, jest przed 14, mówię: „dzień jeszcze młody”. Nie pamiętam już, czy tego dnia dali nam odpoczynek. Wszystkie dni są do siebie bardzo podobne.

W weekendy jest muzycznie. Mamy koncerty mariachis, muzyki popularnej, pokazy z tańcem cumbii w narodowych strojach, była nawet artystka z harfą.

W weekendy jest muzycznie. Mamy koncerty mariachis, muzyki popularnej, pokazy z tańcem cumbii w narodowych strojach, była nawet artystka z harfą (taką prawdziwą!). Ilość koncertów pod naszymi oknami jest tak duża, że rzucam komentarz, że chyba mają grupę na Whatsapp, gdzie informuje się o intratnych ulicach.

W większości przypadków koncerty są dobre, parę razy tak dobre, że ludzie wychodzili na balkony i prosili o bis. Raz przeszedł piosenkarz, który z artysty miał jedynie aspiracje. Tak fałszował, że chciałam mu rzucić pieniądze, aby sobie poszedł. Dla pięknej muzy, jak dla Romeo, otwieram balkon na oścież. Dla marnej lub wycia – zamykam okna i podkręcam głośniej RMF FM.

Czy jestem niewrażliwa? Tak? Nie? Może? Nie wiem? Czuję współczucie dla tych, których widzę na ulicy, ale tego okropnego wycia pod oknami, sorry, ale k… nie trawię. Widzę, że sąsiedzi już na balkony nie wychodzą. Jedzenie, jak manna, już z nieba nie leci. Czas mija, nic się nie zmienia. Ile psychicznie można wytrzymać codziennie żebranie pod oknami? Gdzieś czytam, że w innej części miasta, w muzyków rzucono jajkiem.

Jest konsternacja. Bo co sprawia, że człowiek zaczyna wyć?

obozowisko

Od połowy marca na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy wybrałam się poza moją dzielnicę. Wczoraj odbyłam drugą podróż poza miasto.

Jest takie miejsce na Autopista Norte, gdzie droga zwęża się, ustępując miejsca szerokiemu pasowi zieleni, który oddziela dwie jezdnie. To dla mnie znak, że symbolicznie kończy się Bogota. Zwykle jadę lewym pasem, zwracając uwagę na to, co dzieje się na drodze, prawie nigdy na pas zieleni. Ten kontempluję w drodze powrotnej, stojąc w korku. Tym razem było inaczej.

Nagle uderzył mnie widok mnóstwa ludzi i rozstawionych namiotów, z których część przykryta została czarnym plastikiem. Wenezuelczycy. Żółto-zielona policja.

Widok był tak uderzająco przykry, że aż łapał za serce. Żałuję, że nie miałam, jak zrobić zdjęcia. Po drodze dalej, zobaczyłam parę osób pchających po zboczu autostrady swój dorobek życia na wózku dla dzieci. Według Google, do granicy z Wenezuelą powinni dotrzeć w 115 godzin. Może trochę dłużej, jeśli kółka wózka nie wytrzymają.

Dziury i nierówna powierzchnia na drodze sprowadzają mnie szybko na inny tor myślenia. Cieszę się też zmianą otoczenia.

Po drodze dalej, zobaczyłam parę osób pchających po zboczu autostrady swój dorobek życia na wózku dla dzieci. Według Google, do granicy z Wenezuelą powinni dotrzeć w 115 godzin. Może trochę dłużej, jeśli kółka wózka nie wytrzymają.

Z powrotem przypominam sobie o namiotach w momencie ich mijania. To jest naprawdę przykry widok! Nawet nie staram się go opisać. Nie mam słów. Wieczorem w domu w City TV dowiaduję się, że na powrót do Wenezueli czeka tam ponad 350 osób. Szukam zdjęć na internecie i ze zgrozą zauważam mój błąd. To nie namioty były przykryte czarnym plastikiem. To czarny plastik, umiejętnie rozwieszony, robił za namioty.

Już ponad 2 tygodnie ponad 350 osób żyje na dziko, w czasoprzestrzeni zawieszonej pośrodku autostrady. W tym czasie było parę mocnych ulew, a ja wiem jak szybko nasiąka ziemia w Andach. Mówią, że mają pieniądze na kupienie biletów autokarowych. Żądają jedynie, aby rząd lub organizacje charytatywne podstawiły im autokary, który zawiozą do Cucuty. Rząd każe im się wynosić. Do końca czerwca nie działają autokary na trasach między miastami. Wenezuelczycy nie wiedzą, że autokarami krajowymi podróżują ci, których stać na drogie loty humanitarne.

Maduro dopiero co ogłosił, że granicę może przekroczyć tylko 400 Wenezuelczyków w jeden dzień i 3 razy w tygodniu. Pozostałe 80% ludzi, po stronie kolumbijskiej, ustawia się w tak długie kolejki, że nieznane są Polakom nawet za czasów komunizmu.

W nocy nie mogę spać. Siadam i piszę ten tekst. I zastanawiam się jak pomóc 350 osobom przejechać 500 km? Organizując autokary, które mogą być zapełnione tylko w jednej trzeciej, a z powrotem wrócą puste? Czuję się za mała na takie przedsięwzięcie. Czy nie od tego jest rząd? Gdzie są organizacje charytatywne? Czy właściciele autokarów naprawdę nie mogą zaproponować przejazdów? Nierentowne. Wiem. Ale nie rozumiem.

Oryginalnie tekst został opublikowany na stronach fejsbukowych Kolumbia Online w dniu 10 czerwca 2020 r.

Pojedynek mocnych, czyli prezydent kontra burmistrzyni

pojedynek MOCNYCH, CZYLI prezydent kontra burmistrzyni

prezydent i burmistrzYNI

Dziś, chciałabym się z Wami podzielić telenowelą o dwóch najpotężniejszych politykach w kraju. Ivan Duque – prezydent kraju i Claudia López – burmistrzyni Bogoty.

Claudia nie jest typową Kolumbijką. Jest bardzo bezpośrednia, prawdę strzela z mostu, co sprawia, że nie pasuje wielu Kolumbijczykom, którzy kulturowo unikają konfrontacji.

Duque, wiadomo… prezydent. Rzadko kiedy potrafię do końca wysłuchać jego mowy, bo jak to typowy Kolumbijczyk nie śpieszy się. Owija w bawełnę, powtarza to samo – polski edytor tekstów skróciłby jego przemowy przynajmniej o 1/3. Do tego wyolbrzymia swoje decyzje podejmowane w trakcie pandemii Covid-19.

Osoby, które oglądają inne kanały informacji dostępne lokalnie (BBC, DW, CNN itp) mogą dzięki temu mieć szersze spojrzenie na problematykę Covid i krytyczniej słuchać przekazu prezydenta.

PO MOIM TRUPIE

W Kolumbii wciąż rośnie liczba zarażonych. Spodziewano się szczytu zachorowań pod koniec czerwca, teraz jest mowa nawet o sierpniu. Na 50 milionów mieszkańców, zarażonych jest ponad 30 tysięcy, z czego ponad 1/3 znajduje się w 8 milionowej Bogocie. Z problemem niewydolności systemu szpitalnego mierzy się Amazonia i większe miasta Kolumbii. Jedyne miasto, które jakoś sobie radzi to Medellin. Ale wiemy, że genetyka paisas jest inna (lepsza?) niż pozostałych Kolumbijczyków.

Kiedy w kwietniu Duque chciał otworzyć największe lotnisko El Dorado, Claudia zakrzyknęła, że po jej trupie. W końcu tą drogą wirus przedostał się z Europy do kraju. I dalej nie było już lepiej. Duque publicznie powiedział, że to ON jest prezydentem kraju. Dla mnie tą wypowiedzią się tylko ośmieszył.

Spowodowało to zaostrzenie na linii Duque – Claudia. Elektryczność pędzi z prędkością światłowodu, a rachunek płacą Bogotańczycy.

W ubiegłym tygodniu w środę 27 maja prezydent ogłosił w swoim wieczornym programie, że wprowadza większe poluzowania w kraju i wspomniał o izolacji inteligentnej do końca czerwca. Kiedy Minister Zdrowia mówił, które grupy wiekowe będą mogły przebywać na świeżym powietrzu i jak długo, Duque parokrotnie mu przerwał i poganiał, aby ten powtórzył jeszcze raz. Następnego dnia w kraju konsternacja… o co chodzi?

Claudia („po moim trupie”) po południu ogłasza dwutygodniową kwarantannę w stolicy (gdzie ma naprawdę duży problem z wirusem w dużej handlowej dzielnicy). A w chwilę po niej Pałac Prezydencki publikuje dekret, w którym ogłasza otworzenie prawie wszystkich sektorów gospodarki, przy jednoczesnym utrzymaniu obowiązkowej izolacji prewencyjnej do końca czerwca. Mogą się otworzyć fryzjerzy, panie sprzątaczki mogą iść do pracy do domów prywatnych, no i najważniejsze: ponowne otwarcie centrów handlowych (w których w weekendy Kolumbijczycy spędzają tyle czasu, że nawet odprawia się tam msze).

YO SOY EL PRESIDENTE

Kolejnego dnia w piątek Claudia ogłasza, że żadnego otwarcia handlu z Bogocie nie będzie. Tym samym dając jasno do zrozumienia, że Duque („to ON jest prezydentem”) nie uważa za rozsądne konsultowania tak ważnego dekretu z burmistrzami większych miast.

W weekend Ratusz Bogoty publikuje konkretne rozporządzenie, które cofa ustalenia prezydenckiego dekretu i w zamian otrzymuje list od Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, który nakazuje wprowadzenie w Bogocie większej inwigilacji mieszkańców.

W poniedziałek podczas porannego spaceru z psem widzę już rozgardiasz spowodowany brakiem komunikacji pomiędzy Duque a Claudią. Na ulicach dużo małych dzieci w wieku do 7 lat, którym pozwolenie na wyjście dał prezydent, a Claudia w weekend to cofnęła. Rodzice wybrali to co chcieli, lub na czas nie dowiedzieli się o zmianach.

Również rano Claudia ogłasza platformę online oraz aplikację GABO, na której mieszkańcy Bogoty mają obowiązek zarejestrowania się i informowania o tym, gdzie i o której zamierzają się poruszać. Choć wcześniej rząd wypuścił aplikację CoronaApp, ta jakoś przeszła bez większego echa.

Przez cały dzień prasa i radio dyskutują o bezpieczeństwie danych, które GABO ma pobierać od użytkowników. (Wspomnę, że bezpieczeństwo danych w Kolumbii, choć od kilku lat jest kierowane prawem Habeas Data, to jego funkcjonwanie i przestrzeganie tak naprawdę jest jeszcze w powijakach oraz dalekie jest od funkcjonowania europejskiego.)

Następnego dnia rano, czyli dzisiaj, Claudia wycofuje zapis mówiący o obowiązkowym użytkowaniu platformy lub aplikacji, tym samym sprowadzając je do bezużytecznego narzędzia, które na pewno trochę stołecznych podatników kosztowały.

Co będzie dalej? Telenowelę dopisze znowu życie.

error: Content is protected !!