Jak socjalizm doprowadził do kryzysu i emigracji w Wenezueli

Jak socjalizm doprowadził do kryzysu i emigracji w Wenezueli

JAK SOCJALIZM DOPROWADZIŁ DO KRYZYSU I EMIGRACJI w wenezueli

W Kolumbii mieszka około 2 miliona Wenezuelczyków. Trudno ich nie zauważyć na ulicach dużych miast. Wyróżniają się kolorem skóry oraz akcentem. Pracy szukają nawet na farmach w małych miejscowościach. Skąd tak duża ilość wschodnich sąsiadów w Kolumbii?

Popatrzmy na kontekst ostatnich 30 lat i poznajmy przyczyny jednego z największych exodusów ludności na świecie w XXI w.

BOOM NAFTOWY

Do końca lat 90-tych XX w. Wenezuela była najlepiej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. Poziom i jakość życia były wyższe niż w innych krajach kontynentu Ameryki Południowej. Dobrze rozwijający się przemysł naftowy, handel i usługi zachęcały obcokrajowców (innych Latynosów jak i Europejczyków) do osiedlenia się w kraju.

Przeciętne zarobki w tym czasie były na poziomie 400 USD miesięcznie. Dla porównania w Polsce przeciętna pensja w latach 90-tych wynosiła zaledwie 100 USD.

Do Wenezueli przyjeżdżali ludzie szukający lepszego życia. Uciekali z krajów opętanych dyktaturami wojskowymi w Ameryce Łacińskiej, kryzysem ekonomicznym w Europie Zachodniej czy komunizmem w Europie Wschodniej. Wenezuela była rajem.

Kraj dawał obcokrajowcom możliwość założenia własnej firmy lub znalezienia pracy w przemyśle przetwórstwa ropy naftowej, której zasoby oceniało się na około 310 miliardów baryłek.

Oczko wodne z palmami po bokach. W oddali pomnik

Z biegiem czasu narastała rosnąca korupcja i wprowadzanie ustaw umożliwiających bezpodstawne zatrzymania osób przez organy ścigania. Zmęczone tym społeczeństwo pragnęło zmiany.

Kandydatem w wyborach prezydenckich w 1998 roku został Hugo Rafael Chávez Frías.

HUGO CHÁVEZ – MĘCZENNIK NA PREZYDENTA

Hugo Chávez był wojskowym, który zasłynął przeprowadzeniem nieudanego zamachu stanu 4 lutego 1992 r. wraz z innym wojskowym Diosdado Cabello, poznanym w koszarach w 1986 r.

Chávez trafił do więzienia, ale na krótko. Został zwolniony i uniewinniony, dzięki jego adwokatowi, który udowodnił, że ten był w więzieniu torturowany. Po latach, wyszły na światło dzienne listy do córki, które temu zaprzeczyły.

Tarek William Saab, adwokat Cháveza i obrońca praw człowieka obecnie sprawuje urząd Prokuratora Generalnego w Wenezueli.

Portret Hugo Chaveza z obrazem Bolivara w tle

Podczas kampanii wyborczej Chávez obiecywał równość społeczną. Wielokrotnie zaprzeczał bycia socjalistą czy komunistą.

Nikt wtedy nie znał jego kontaktów z Kubańczykami i domyślał się licznych wizyt na wyspie.

Chávez miał nadzwyczajny charyzmat. Z łatwością udało mu się przekonać proste i niewykształcone społeczeństwo, aby powierzyć mu najważniejszą rolę w państwie.

Wygrał wybory mimo, iż nikt nie znał jego dokładnych planów co do kształtu przyszłego państwa.

WENEZUELA – PAŃSTWO SOCJALISTYCZNE

Tuż po wyborach Chávez napisał nową, „antyimperialistyczną” konstytucję, która została wprowadzona po referendum w 1999 r. W kraju zaczął rządzić socjalizm.

Już w pierwszych latach rządów pogorszyła się jakość życia ludzi. Zaczęło brakować produktów spożywczych i pierwszej potrzeby.

Rząd upaństwowił zagraniczne zakłady przemysłowe i mniejsze firmy.

 Nowo wybudowane domy i mieszkania były ludziom rozdawane za darmo. Nie trzeba było płacić rachunków za prąd ani za wodę. Benzyna też była za darmo.

Flaga Wenezueli powiejwająca na kolule budynku

KRYZYS, EMIGRACJA I NOWY PREZYDENT

System socjalistyczny Wenezueli opierał się na kontroli środków produkcji, materiałów i zakładów. Dochód państwa pochodził jedynie ze sprzedaży ropy naftowej.

Parlament nie miał jednak kontroli nad wpływami z dochodów – korupcja i kradzież pieniędzy szerzyły się na wszystkich szczeblach państwa.

Ograniczenie rozwoju firm prywatnych, w imię ustroju komunistycznego, zahamowało naturalny rozwój gospodarki państwa. W Wenezueli nastąpił wielki kryzys gospodarczy.

 Rozpoczęła się masowa emigracja wenezuelskiej ludności na tereny całego kontynentu latynoskiego. W tym do Kolumbii.

Hugo Chávez umarł 28 grudnia 2012 w Hawanie w tajemniczych okolicznościach. Oficjalny powód – na raka.

W nowych wyborach w 2013 r., równie okrytych spekulacjami, prezydentem został ulubiony towarzysz zmarłego Cháveza i kierowca autobusu Metro Caracas – Nicolás Maduro Moros.

Do dzisiaj nie wiemy, czy faktycznym zwycięzcą nie był jego kontrkandydat Henrique Capriles Radonski, syn polskiej imigrantki Moniki Radońskiej-Bochenek.

Budynek rządowy z kolumnami i złotą kopułą

MADURO – NOWY PREZYDENT, GORSZE ŻYCIE

Maduro to człowiek prosty, niewykształcony i o bardzo niskim intelekcie. Niewiele o nim wiadomo.

Choć twierdzi, że urodził się w Caracas, najprawdopodobniej urodził się w Bogocie. Nigdy nie został przedstawiony jego wenezuelski akt urodzenia – nie ma podstaw twierdzić, że jest Wenezuelczykiem.

Ludzie natomiast potwierdzają, że jako dziecko bawił się na ulicach kolumbijskiej stolicy. Czy Maduro jest zatem Kolumbijczykiem? On zaprzecza – nie mógłby być wtedy prezydentem w Wenezueli.

Po ukończeniu szkoły podstawowej, kształcił się w lewicowych organizacjach w duchu rewolucji. Mieszkał m.in. na Kubie.

Nicolas Maduro

W 2013 r. spadły ceny ropy naftowej na świecie. W Wenezueli kryzys gospodarczy się pogłębił. Szpitale przestały przyjmować pacjentów. Nie było dostępu do lekarstw. Jedzenie stało się zbyt drogie by je kupić.

W nowej kampanii rząd namawiał do wyrobienia Carné de la Patria (Legitymacji Ojczyzny). Z tym karnetem otrzymywało się dostęp do strony internetowej, na której zatwierdzano rządowe bony żywnościowe.

 

Raz na miesiąc można było wykupić tzw. bolsa clap, czyli koszyk podstawowych 12 produktów, z których jedna rodzina miała przeżyć cały miesiąc.

Koszyk podstawowych produktów żywnościowych zawierał: 2 kg ryżu, 2 paczki makaronu, 2 kg mąki kukurydzianej, 1 l oleju, 1 kg ryżu i 1 kg fasoli.

Bardzo często to była jedyna żywność, do której miał dostęp przeciętny mieszkaniec.

Slumsy w Caracas

Od 2016 roku jeszcze bardziej pogorszył się byt Wenezuelczyków. Ludność nie mogła uzyskać pomocy medycznej, wykupić lekarstw czy jedzenia. Dzieci były niedożywione. Osoby z problemami zdrowotnymi takimi jak rak, HIV, dializa nerek po prostu umierały. Przestępczość naturalnie wzrosła w kraju.

Przestępczość była tak wysoka, że można było zostać okradzionym lub zabitym praktycznie na każdym kroku. Rocznie umierało w ten sposób ponad 60 tysięcy osób.

Od 2019 r. rząd przestał wydawać paszporty, uniemożliwiając legalną emigrację z kraju – ucieczkę od tragicznej sytuacji w ojczyźnie i legalnej pracy w innych krajach.

Rządy Stanów Zjednoczonych czy Hiszpanii podjęły decyzję o uznanie starych i dawno przedawnionych paszportów szukających nowego życia Wenezuelczyków.

INSTYNKT PRZETRWANIA

Ludzie na całym świecie decydują się na emigrację ratując swoje własne życie oraz rodziny. Instynkt przetrwania ogarnął ogromną część społeczeństwa wenezuelskiego.

Bilet autokarowy z Caracas do Cúcuta, miasta w Kolumbii leżącego na granicy z Wenezuelą, kosztuje obecnie ok. 100 USD. W czasie kwarantanny w Wenezueli (od marca do listopada 2020) spowodowanej pandemią Covid-19, przewóz kosztował nawet 180 USD. Sama granica przekraczana jest bez żadnego dokumentu na trochas, pobocznych drogach.

Wenezuelska socjalistyczna polityka rozdawania zasiłków i mieszkań, brak wymogu płacenia rachunków, a także brak dostępu do środków antykoncepcyjnych sprawiła, że przyrost naturalny u Wenezuelczyków był wysoki. Z kraju emigrują więc wieloosobowe rodziny.

KOLUMBIA – NOWE ŻYCIE OD ZERA

Wielodzietne rodziny wenezuelskie w Kolumbii rozpoczynają nowe życie od szukania pracy i miejsca do spania. Płacą dzienną stawkę za wynajęcie pokoju. Kogo nie stać na wynajęcie, musi spać na ulicy.

W dzień sprzedają lizaki, cukierki, kawę, worki na śmieci itp. Są ofiarami wielu przestępstw i zaginięć. Dzieci są porywane i sprzedawane mafiom czerpiącym zyski z prostytucji. Wiele Wenezuelek (dziewczyn i kobiet) też zajmuje się prostytucją na ulicach kolumbijskich miast – ich stawki są niższe niż Kolumbijek.

Aby przebywać i pracować legalnie w Kolumbii, Wenezuelczyk musi wyrobić wizę lub specjalny dokument PEP – Permiso Especial de Permanencia, wydawany przez lokalny rząd. Do PEP potrzebny jest paszport – jego nieważność nie może być większa niż 2 lata. Jeśli ktoś ma udowodnione kolumbijskie korzenie może od razu wyrobić kolumbijski dowód osobisty cédula de ciudadanía. Jest to więc bardzo trudne. Ostatnie liczby pokazują prawie milion nielegalnie przebywających osób i zaledwie 700 tysięcy udokumentowanych.

Mężczyźni najczęściej pracują na budowie po 12 godzin za 25 tysięcy peso dziennie (7 USD), a kobiety są opiekunkami do dzieci nawet za 400 tysięcy peso (112 USD) miesięcznie. Średnia minimalna w kraju jest dwa razy wyższa.

 

Banknoty boliwara wenezuelskiego w dłoniach

 Osoby, które pracują wysyłają pieniądze pozostałej rodzinie w Wenezueli za pośrednictwem wielu firm świadczących usługi finansowe i wysyłkowe.

Bo jak kupić cokolwiek w Wenezueli?

Hiperinflacja wynosi około 14 tysięcy procent rocznie (około 1.813% miesięcznie).

Choć oficjalną walutą jest boliwar i kryptowaluta petro, to w obiegu nie używa się banknotów boliwarów. Ceny podawane są w dolarach amerykańskich. Walucie, która jest prawdziwym środkiem płatności.

Bez dużych szans na zmianę na stanowisku prezydenta Wenezueli, ludzie nie mogą biernie czekać, że coś się w kraju zmieni. A jeśli zmieni, to Boliwariańska Republika Wenezueli będzie potrzebować dużo lat, aby jak feniks, odrodzić się z popiołów.

grafika migracji
Jak socjalizm doprowadził do kryzysu i emigracji w Wenezueli

Jak socjalizm doprowadził do kryzysu i emigracji w Wenezueli

JAK SOCJALIZM DOPROWADZIŁ DO KRYZYSU I EMIGRACJI w wenezueliW Kolumbii mieszka około 2 miliona Wenezuelczyków. Trudno ich nie zauważyć na ulicach dużych miast. Wyróżniają się kolorem skóry oraz akcentem. Pracy szukają nawet na farmach w małych miejscowościach. Skąd...

Odkryj Kolumbię

przewodnik o Kolumbii w kieszeni spodni mężczyzny
kolorowe kwiaty zawieszone na białej ścianie domu przy ulicy
uśmiechnięta kobieta zbiera owoce kawy
kamienna rzeźba przedstawiająca ptaka z parku san augustin
roześmiani kibice kolumbijscy w narodowych barwach
Caracas, Icononzo, Lençóis, Lima i Punta Arenas – czyli Polonia o wyborach prezydenckich 2020

Caracas, Icononzo, Lençóis, Lima i Punta Arenas – czyli Polonia o wyborach prezydenckich 2020

caracas, icononzo, Lençóis, lima i punta arenas - polonia o wyborach 2020

30 czerwca 2020

Na parę dni przed pierwszą turą wyborów prezydenckich 2020, rozmawiam z Polakami w Brazylii, Chile, Kolumbii, Peru i Wenezueli. W trzech z nich nie zorganizowano obwodu wyborczego. 

Rozmawiamy o organizacji wyborów, technicznych problemach i dlaczego Polacy w Ameryce Południowej głosują w wyborach. Słucham o uczuciach, które wywołuje bezradność związana z brakiem oddania patriotycznego głosu.

Dzięki tym rozmowom przemierzyłam duży latynoski kontynent w ciągu kilku godzin – od Morza Karaibskiego po Cieśninę Drake’a i od Atlantyku po Pacyfik. Zniknęły granice państw i strefy czasowe na tym wielkim kontynencie.

Wszyscy jesteśmy Polakami.

To nie jest trzęsienie ziemi. Peru

Dzwonię do Limy i rozmawiam z Polką, która w Peru mieszka od ponad 7 lat. W poprzednich latach była członkiem komisji wyborczych. Prosi o zachowanie anonimowości.

Ambasada Polski w Peru ma kompetencje terytorialne także w Ekwadorze oraz Boliwii. W wyborach 2015 Polacy w Quito i La Paz mogli oddać swój głos korespondencyjnie. W wyborach parlamentarnych w 2019 już nie zagłosowali. Głosowała tylko Polonia peruwiańska. W tym roku – Polaków pozbawiono głosu w każdym z tych trzech andyjskich krajów.

Pytam o powód niezorganizowania wyborów. Dowiaduję się, że w „Peru trwa stan wyjątkowy do końca czerwca i nie działa poczta narodowa SERPOST. Ale kurierzy i mniejsi mensajeros tak” – tłumaczy i pyta – „Jeżeli dostarcza się jedzenie, to dlaczego nie koperty?”

Pozwolenie na organizację wyborów za granicą wydaje Ministerstwo Spraw Zagranicznych tego kraju. Ambasada RP W Peru nie otrzymała pozwolenia od peruwiańskiego MSZ-u. Polka zapewnia, że konsul bardzo się starał i zabiegał o to, aby zorganizować wybory dla lokalnej Polonii. W Peru podejmowanie decyzji dłużej trwa – mañana – jako rezydentka Kolumbii bardzo dobrze wiem o co chodzi.  

To nie jest trzęsienie ziemi – pandemia Covid-19 to sytuacja nadzwyczajna, która objęła cały świat. A tak to wszystko było zorganizowane na ostatnią chwilę

Według Polki wybory nie zostały zorganizowane, bo zabrakło nacisku polskiego MSZ-u na peruwiańskie władze. „Brak konwersacji, współpracy, przedstawienia konkretnych opcji” – wylicza – „Brazylia ma jeden z największych wskaźników zachorowań na świecie, a Polacy mogą tam głosować”.

Przez telefon słyszę, że ugodziło w nią to, że lokalnej Polonii odebrano możliwość głosowania – „Tym razem miałam swojego kandydata na prezydenta”. Przyznaje, że czuje się urażona, że odbierają jej coś, co jest zagwarantowane w Konstytucji.

Nie zgadza się z opiniami, że Polacy za granicą nie powinni głosować w polskich wyborach i argumentuje – „Prezydent, którego wybieramy, potem wybiera Ambasadorów, którzy go reprezentują”. Być może wróci kiedyś do Polski; mieszka tam jej rodzina, znajomi – chce dla nich jak najlepszego prezydenta – „Dlatego nasz głos też jest ważny”.

„Najlepiej byłoby przesunąć wybory na sierpień” – szacuje, że wtedy życie powróciłoby do normalności – „To nie jest trzęsienie ziemi – pandemia Covid-19 to sytuacja nadzwyczajna, która objęła cały świat. A tak to wszystko było zorganizowane na ostatnią chwilę”.

Jest optymistką. Liczy na oddanie głosu w II turze, choć nie ma potwierdzenia od konsula w Limie, że zostanie powołany obwód wyborczy.

Wyścig z czasem. Kolumbia

Rozmawiam z Anią Matelską, dumną z Icononzo w departamencie Tolima, w którym mieszka razem z kolumbijskim narzeczonym.  To niewielkie miasteczko, które jest oddalone o 100 km  od rogatek Bogoty.

Kiedy dowiedziała się, że sporo Polaków w Kolumbii otrzymało już swoje koperty – a ona nie – skontaktowała się z Ambasadą, która przekazała jej numer do śledzenia przesyłki. Sprawdziła, że koperta utknęła w biurze prywatnej poczty SERVIENTREGA w Fusagasugá po drodze do Izononzo. Przesyłkę z pakietem wyborczym otrzymała dopiero w środę 24 czerwca o godzinie 17. Następnego dnia znajomi wysłali kopertę zwrotną z Melgar. Czy dojdzie na czas? – nie wie. W piątek 26 czerwca jej paczka dociera do centrum logistycznego w Bogocie – na potwierdzenie dostaję zrzut z ekranu. Polska Ambasada przyjmuje koperty z głosami do końca możliwości – do godziny 21.00 w sobotę – trzymam za nią kciuki, aby się udało.

Na nieszczęście korespondencyjne wybory przypadają na okres, kiedy w Kolumbii są trzy długie weekendy pod rząd i SERVIENTREGA wydaje się nie pracować w ten okres. Koperta z pakietem wyborczym przez pierwszy długi weekend została zatrzymana w Fusagasugá, a w drugi długi weekend utknęła gdzieś w Bogocie. Ania już po ogłoszeniu wyników pierwszej tury, pisze mi przez WhatsApp: „Finał nieznany, ale raczej bez happyendu, bo status przesyłki nie zmienił się od piątku”.

Każdy polski obywatel powinien mieć prawo głosowania. Ci, którzy mieszkają za granicą też

Według Ani, wybory korespondencyjne były skazane na porażkę i najskuteczniejszą formą głosowania byłoby oddanie głosu online. Jednak poczuła ulgę, kiedy otrzymała pakiet – „Każdy polski obywatel powinien mieć prawo głosowania. Ci, którzy mieszkają za granicą też”.

Zanim otrzymała przesyłkę z Ambasady, czuła się sfrustrowana, że nie było jej dane oddać głosu na prezydenta. Dla niej głosowanie w wyborach, zwłaszcza prezydenckich, to jest obywatelski obowiązek.

Gdyby wybory były zorganizowane osobiście, pojechałaby do Ambasady, nawet gdyby musiała w urzędzie miasta zdobyć przepustkę na wyjazd do Bogoty. W krajach poza Polską głosować można tylko w placówkach konsulatu. W Kolumbii jest tylko jedna, w stolicy. „Sytuacja nadzwyczajna w skali światowej” – przyznaje, ale nie obwinia nikogo – „Projekt wyborów korespondencyjnych po prostu nie wypalił”.

ręka trzymająca korespondencyjny pakiet wyborczy

Dziadowska organizacja. chile

Tam, gdzie na arktycznym południu kończy się kontynent Ameryki Południowej, rozmawiam z naszym człowiekiem w Patagonii. Arek Mytko swoje życie dzieli pomiędzy Yerba Buena w prowincji Tucumán w Argentynie i Punta Arenas w Chile. Przez koronawirusa utknął w Punta Arenas, gdzie jego sezonowa praca wymagała obecności do kwietnia. Rozmawiamy na temat braku wyborów w Chile.

Długie państwo jest mocno scentralizowane w stolicy Santiago. Stan wyjątkowy obowiązuje cały czas, są godziny policyjne. Poczta i kurierzy jednak działają. Na pytanie, dlaczego nie ma wyborów, odpowiada – „Nie chciało im się”. Na potwierdzenie przesyła mi dwa emaile – jeden od Konsula, a drugi od Polonii chilijskiej z petycją w sprawie zorganizowania drugiej tury wyborów.

W pierwszym emailu czytam:

„Ze względu na sytuacje epidemiologiczną, władze w Chile wprowadziły w kraju stan katastrofy, godzinę policyjną, zakaz opuszczania miejsca zamieszkania w najważniejszych ośrodkach miejskich oraz ograniczenie pracy kluczowych dla przeprowadzenia wyborów usługodawców. Władze chilijskie poinformowały, że obowiązujące przepisy, nie pozwalają na wydawanie specjalnych pozwoleń na opuszczenie miejsca zamieszkania w celach związanych z wyborami”.

Z petycji Polonii dowiaduję się:

„Prawnicy, z którymi konsultowaliśmy temat, uważają, że niewyrażenie przez chilijski rząd zgody na przeprowadzenie nawet korespondencyjnych wyborów wśród chilijskiej Polonii jest „dziwne i niespotykane”. Ponadto stanowi formę dość mocnej ingerencji w polską demokrację – ów zakaz sprawia bowiem, że najbliższe wybory głowy państwa nie będą powszechne.”

mozaika zdjęć osób z napisami polonia w chile nie ma wyboru

Arek wyjechał z Polski 18 lat temu. Przez ten czas nie uczestniczył w polskich wyborach; był apolityczny. Co się zmieniło, że chciał oddać głos właśnie teraz? „Chciałem zagłosować za lepszym prezydentem dla moich dzieci” – ma marzenie, aby zabrać je do kraju i nauczyć języka. Chciał zagłosować za lepszą głową państwa także dla siebie samego – „Gdybym miał wrócić i znaleźć pracę w normalnym kraju” – tłumaczy.

„Chujowo.” – odpowiada na moje pytanie jak się czuje z tym, że nie może głosować – „Po 18 latach zmobilizowałem się do głosowania i zostało mi to odebrane”. Otwarcie przyznaje – „Jestem wściekły i jest mi przykro, bo odebrano mi podstawowe prawo”.

W Polsce robi się Ameryka Łacińska. To jak polski rząd się zabrał do wyborów to jest dziadowska organizacja

Obecny polski rząd surowo porównuje do rządów Kirchner w Argentynie – „W Polsce robi się Ameryka Łacińska. To jak polski rząd się zabrał do wyborów to jest dziadowska organizacja” – ocenia krytycznie.

Tłumaczy, że prawdziwe tajne głosowanie to jest wysłanie koperty pocztą śledzoną, a nie nieśledzoną – jak to sugerował rząd. Ważna jest możliwość monitorowania przesyłki, aby uniknąć oszukiwania po drodze.

Przez chwilę rozmawiamy także o prześwitujących kopertach, które podstawione pod światło ukazują przy jakim nazwisku postawiono krzyżyk. „Polakom odebrano możliwość tajnego głosowania” – mówi – „Taka organizacja jest bardzo latynoska…. zarówno mentalnie, jak i organizacyjnie”.

Pomimo tego Arek jest pozytywnej myśli – „Jest światło w tunelu na poprawienie organizacji drugiej tury”. Jeżeli tylko rząd będzie chciał nauczyć się ze swoich błędów.

Najdroższe wybory w życiu. Brazylia

W Brazylii rozmawiam z Agą Szczepańską, którą „łapię” w górzystym Lençóis w stanie Bahía, czyli jak mi tłumaczy – in the middle of nowhere. Poza Polską mieszka od 12 lat i doświadczenie w głosowaniu za granicą ma m.in. w Australii, Nowej Zelandii czy w Indiach. Teraz przyszła czas na Brazylię, gdzie złapał ją koronawirus w trakcie dwuletniej podróży po Ameryce Łacińskiej. W rozmowie często wtrąca angielskie wyrażenia, które pozostały jej po długim mieszkaniu w kraju, gdzie sfilmowano „Władcę Pierścieni”.

Brazylia, to drugi po Stanach Zjednoczonych kraj z największą liczbą zakażonych Covid-19. Realną liczbę zarażonych ocenia na o połowę wyższą niż oficjalne dane tłumacząc, że prezydent Bolsonaro jest przeciwnikiem całego „zamieszania” związanego z koronawirusem. 

Mimo tak dużych żniw, jakie zbiera pandemia, polska Ambasada dostała pozwolenie od brazylijskiego rządu na zorganizowanie wyborów osobistych oraz korespondencyjnych. Powstały dwa okręgi wyborcze: jeden w Brasilia i drugi w Kurytybie.

Aga zapisała się na głosowanie w Konsulacie w polonijnej Kurytybie. Przesyła mi emaila od wicekonsula, w którym czytam, że placówka otrzymała karty do głosowania od PKW we wtorek 16 czerwca i tego samego dnia pakiety wyborcze zostały wysłane pocztą kurierską SEDEX. Usługa pocztowa pomiędzy Kurytybą, a Lençóis – dowiaduje się – teoretycznie powinna zająć trzy dni. Koperta z pakietem wyborczym dociera do niej dokładnie tydzień później. Miasteczko jest tak małe, że aby odebrać przesyłki, trzeba na pocztę iść osobiście. Agnieszka śledząc podróż cennej koperty, na pocztę wybiera się we wtorek 23 czerwca i odbiera pakiet wyborczy.

W międzyczasie czeka ją jednak niemiła niespodzianka. Konsulat zażyczył sobie zwrot kopert do piątku 26 czerwca i zaproponował wysłanie szybszym DHL-em. W Lençóis DHL-u nie ma. I jeżeli odesłanie koperty do Kurytyby SEDEX-em kosztuje R$98 (72 zł) i nie ma pewności, że dojdzie na czas, to co dopiero gdyby koperta miała być wysłana droższym DHL-em. Najdroższe wybory w życiu! W rezultacie – nie wysyła koperty.

Korespondencyjne wybory to fajny pomysł, ale rozwiązanie niestety kiepskie.

Jest jest przykro. Nie lubi aktualnej władzy w Polsce i chciała to zmienić, bo wierzy, że każdy głos jest ważny. Wierzę jej – w końcu, aby zagłosować w New Dehli jechała autokarem 12 godzin! Choć wygrał PIS, cieszyła się, że oddała głos w wyborach.

„Czuję się kiepsko – mówi – „Tym razem, teoretycznie, nic nie musiałam robić”. Nie było długiej podróży autokarem czy decyzji o kupieniu biletu na samolot do Wellington, kiedy mieszkała w Nowej Zelandii. „Kupienie biletu na samolot do Brasilii czy Kurytyby byłoby next level commitment” – stwierdza. Korespondencyjne wybory według niej to fajny pomysł, ale rozwiązanie niestety kiepskie.

Pytam się co sądzi na temat coraz częstszych głosów w sprawie niegłosowania w wyborach przez Polaków mieszkających poza Polską. Uważa, że – „To bzdura i to tylko opinia”. Uczestniczy w wyborach, bo ważne jest dla niej well-being rodziny i znajomych, których ma w Polsce.

Król jest nagi. Wenezuela

Dzwonię do Justyny Zuń-Dalloul, która w Caracas mieszka od 28 lat. Wiem, że z ogarniętej kryzysem humanitarnym Wenezueli, wszyscy co mogą – uciekają. Rozmowa z kimś, kto wciąż w Wenezueli mieszka, z góry zapowiada się na interesującą.

Zdzwoniłyśmy się, aby porozmawiać o wyborach i dlaczego Polacy w Wenezueli nie głosują. Justyna tłumaczy, że była powołana komisja na wybory osobiste 10 maja, jednak po zmianie sposobu głosowania na korespondencyjne – zrezygnowano ze względu na techniczne problemy.

W Wenezueli poczta państwowa IPOSTEL w ogóle nie funkcjonuje. Dzięki hiperinflacji prywatni kurierzy są bardzo drodzy. Teraz podczas pandemii wszystko (oprócz sklepów spożywczych i aptek) jest zamknięte. Również kurierzy. Przez jakiś czas nie było benzyny. Transport publiczny nie działa. Szpitale nie funkcjonują. Jest kwarantanna. Maduro nakazał siedzieć w domu. „Odwołanie wyborów w Wenezueli to dobra decyzja Państwowej Komisji Wyborczej” – ocenia Justyna.

Ambasadą RP w Caracas zarządza tymczasowy chargé d’affaires. Pytam o sens istnienia placówki, biorąc pod uwagę kryzys w Wenezueli i Justyna przekonuje, że Ambasada ma strategiczne położenie w regionie. Komisje wyborcze w Caracas zawsze były powoływane, za wyjątkiem wyborów parlamentarnych w 2019 roku.

Rozmowa jednak cały czas schodzi na trudną sytuację wenezuelskiej Polonii.

I w pewnym momencie zaczynam rozumieć – dla Polonii w Wenezueli temat wyborów na prezydenta Polski jest nierozerwalnie połączony z ich sytuacją w kraju.

Dla Polonii w Wenezueli temat wyborów na prezydenta Polski jest nierozerwalnie połączony z ich sytuacją w kraju.

Dla nas – Polaków mieszkających w Kolumbii, Peru, Chile i Brazylii – wybór odpowiedniego kandydata na prezydenta Polski, to wybór osoby, która będzie sterowała krajem położonym daleko za Atlantykiem, w ciepłym gniazdku centralno-wschodniej Europy. Głosujemy, bo chcemy i mamy takie konstytucyjne prawo. Głosujemy, bo pragniemy lepszej przyszłości dla naszych rodzin, przyjaciół i znajomych. Głosujemy, bo może rozważamy powrót do ojczyzny. Ale mieszkamy w innym kraju, rządzi nami inny prezydent i inny rząd, których nie możemy wybierać, jeśli nie mamy obywatelstwa. W polskich wyborach głosujemy niejako…. symbolicznie.

Dla Polaków w Wenezueli, głosowanie na polski rząd i polskiego prezydenta nie jest symboliczne. To jest być i nie być.

W wyborach parlamentarnych w 2015 Polacy w Wenezueli głosowali na PiS, a w wyborach prezydenckich na Andrzeja Dudę. Partia skontaktowała się z Polonią, obiecując wsparcie i poprawę ich sytuacji. Rządząca wcześniej PO nigdy nie wykazała zainteresowania, choć o kryzysie w Wenezueli głośno się mówiło. Po pięciu latach rządów PiS-u i Andrzeja Dudy, Justyna gorzko twierdzi, że wenezuelska Polonia była dla rządzącej partii tylko mięsem wyborczym. „Król jest nagi” – ocenia, odwołując się do znanej bajki Andersena, kiedy poddani przejrzeli na oczy widząc króla takim, jakim jest na prawdę. Według niej Polska to państwo, które nie ma opracowanej polityki ochrony swoich obywateli za granicą w sytuacji zagrożenia humanitarnego. Ma żal do obecnego rządu za niespełnione obietnice.

Wenezuelska Polonia była dla rządzącej partii tylko mięsem wyborczym. „Król jest nagi” – ocenia, odwołując się do znanej bajki Andersena, kiedy poddani przejrzeli na oczy widząc króla takim, jakim jest na prawdę.

Polonia w Wenezueli czuje się bezradna, bo wie, że nie ma właściwego kandydata na prezydenta. Pomocy dla najbardziej potrzebujących z wenezuelskiej Polonii wciąż brak, mimo kontaktu z Kancelarią Prezydenta, Sejmem i Senatem. Justyna z goryczą mówi, że polski rząd wysłał pieniądze do polskich ambasad na świecie w ramach akcji #Polonia4Neighbours. Część z tych pieniędzy otrzymała placówka w Caracas. Pieniądze trafiły do parafii, której proboszczem jest polski misjonarz. Pomoc otrzymają Wenezuelczycy.

Pomoc obywatelom za granicą to nie jest nowy wynalazek. Słucham o Hiszpanii, Włochach, Ekwadorze… Kraje wykupują specjalne polisy ubezpieczeniowe dla swoich rodaków w Wenezueli lub przyznają zasiłki lub renty. Hiszpania otworzyła klinikę w Caracas dla hiszpańskich emigrantów. Są to beneficjenci emerytur w hiszpańskim systemie opieki socjalnej i pomocy dla osób niepełnosprawnych. Szukam na internecie i znajduję Fundación España Salud. Czytam: „[Klinika] w wyjątkowych przypadkach może zapewniać taką samą pomoc [opiekę zdrowotną medyczno-chirurgiczną i farmaceutyczną] innym grupom z Unii Europejskiej”.

Dlatego też, Polacy w Wenezueli – w których imieniu jako liderka polonijnego stowarzyszenia wypowiada się Justyna – nie mają w tym roku na kogo głosować. Nikt się z nimi nie kontaktował. Nie mają też JAK głosować, bo nie został w kraju utworzony obwód wyborczy. „Jak się z tym czujesz?” – pytam. „Normalnie. Za mnie podjęto tę decyzję, ale ulżyło mi. Nie mam dylematu na kogo głosować, bo nikt się z nami nie kontaktował” – przyznaje moja rozmówczyni.

 Rozmawiamy o realiach życia w Wenezueli i o historii polskiej emigracji. A są to historie warte zgłębienia. My – Polacy w Ameryce Łacińskiej – jesteśmy w stanie w nie uwierzyć. Ktoś, kto mieszka w ciepłym i europejskim gniazdku – czy uwierzy? Bo wiara wydaje się być pierwszym krokiem do działania w kierunku niesienia pomocy.